"Rozrzucone marzenie, jak odległe wspomnienie,
Odległe wspomnienie, jak rozrzucone marzenie."
一
Ludzie od wieków boją się magów. Traktują ich jak odrębny gatunek. Chowają się przed nimi w domach, wyganiają z miast. Są przerażeni mocą jaką oni władają. Są pewni, że prędzej czy później użyją jej by pozabijać ludzi bez zdolności do magii. Boją się, że magowie przejmą władzę.
一
Magowie przez wiele lat musieli się ukrywać. Uciekać przed innymi ludźmi. Osoby bez tego talentu nienawidziły ich. Nienawidzą ich i teraz. Myślą, że świat bez magów byłby lepszy, starają się ich z niego wyeliminować. Porzucają własne dzieci, u których ujawniły się zdolności magiczne. Zabijają magów, jak tylko ich spotkają. Specjalnie czają się na pojedyncze ofiary. Już dawno wykluczyły magów ze swojego środowiska.
Jednak nie wszyscy magowie są tacy sami. Jedni uważają swój talent za dar, a inni za przekleństwo. Ci drudzy często starają się żyć wśród zwykłych ludzi. Niestety nie zawsze im to wychodzi. Za to pierwszy typ zrobił coś specjalnego. Postarał się o to, aby magowie również mieli normalne życie. Najstarsi z przedstawicieli magów założyli własny kraj. Kraj, w którym żyją jedynie magowie. Nikt z niemagicznych osób nie wie, gdzie on się znajduje. Dla nich są to tylko legendy.
一
Biegłem. Starałem się jak najmniej rzucać w oczy. Chociaż bieg wcale nie jest dobrym pomysłem, kiedy starasz się nie zwracać na siebie uwagi. Rozglądałem się szukając jakiegoś miejsca, gdzie mógłbym chwilę odpocząć. W końcu rzuciła mi się w oczy zaciemniona uliczka. Praktycznie nie dolatywało do niej wieczorne światło. Idealnie miejsce.
Szybko do niej dobiegłem i schowałem się w jej najciemniejszym miejscu. Na końcu uliczki znajdował się wysoki płot, dlatego też droga nie była zbyt długa, ale taka w zupełności mi wystarczała.
Oparłem się o płot i zjechałem po nim. Siedząc, oddychałem ciężko. Położyłem laskę obok i wbiłem wzrok w podłogę. Po raz kolejny zastanawiałem się co ja właściwie robię. Dlaczego tutaj jestem? Co skłoniło mnie, aby tu przyjść? Złapałem się za głowę. Naprawdę jestem głupi. Przecież w każdym momencie mogą mnie złapać. Nie dosyć, że mag to jeszcze w dodatku złodziej. Mają podwójny powód, aby mnie spalić. W Asearsh było wielu złodziei. Miasto było co prawda do nich przyzwyczajone, ale kiedy jakiegoś złapali... Najczęściej czekał go stryczek. Niektórych mniejszych złodziei traktowali bardziej ulgowo. Ja co prawda nigdy nie ukradłem żadnych kosztowności, nie włamałem się nikomu do domu, nie zabiłem nikogo. Kradłem jedynie jedzenie. Musiałem za coś wyżyć. Przynajmniej dwa razy w tygodniu udawałem się do tego właśnie miasta i podkradałem ze stoisk handlarzy jedzenie, Potem wracałem do mojej chaty znajdującej się daleko od miasta.
Dlaczego musimy żyć na odludziu?
Dlaczego akurat my?
Dlaczego akurat ja?
Nigdy nie chciałem takim być. Nie pragnąłem być magiem. Chciałbym móc żyć jak normalny człowiek. Jednak jestem magiem z krwi i kości. Zarówno matka jak i ojciec mieli talent, więc oczywistym było, że i ja go po nich odziedziczę.
Usłyszałem cichy płacz dziecka, który przerwał moje rozmyślania. Podniosłem głowę i rozejrzałem się. Nie widziałem nic w takiej ciemności, a płacz stawał się raz głośniejszy, raz cichszy. Wahałem się. Zaryzykować i użyć magii? A może poczekać, aż szloch ucichnie. Walczyłem sam ze sobą. Bałem się - co będzie jak mnie znajdą? Co jeśli akurat będzie przechodzić w pobliżu jakiś obywatel i mnie zobaczy? Z drugiej strony to dziecko... Takie bezbronne, ktoś musiał je tu porzucić. Nie mogłem go tak zostawić.
Gwałtownie wstałem, a kaptur spadł z mojej głowy odsłaniając ciemnoniebieskie włosy i twarz. Podniosłem laskę z ziemi i wyszeptałem cicho zaklęcie. Koniec laski zapłonął niczym pochodnia. Zamknąłem niebieskie oczy i wsłuchałem się skąd dochodził dźwięk. Otworzyłem powieki i szybkim krokiem podszedłem do pudeł znajdujących się po lewej stronie.
Prawą ręką, w której trzymałem laskę, oświetlałem widok, a drugą rozkopywałem ostrożnie pudła. W jednym z nich siedziała mała dziewczynka. Skulona, oplatała rękoma nogi, a po jej policzkach ciurkiem płynęły łzy.
- Nie płacz - wyszeptałem cicho. Dziewczynka spojrzała na mnie zapłakanymi oczami i nic nie odpowiedziała. Zobaczyłem jak się trzęsie. Wieczorami nie było tak ciepło, a ona była strasznie leciutko ubrana. - Chodź, przeziębisz się jak będziesz tak siedzieć.
Wyciągnąłem do niej dłoń. Bez wahania wyciągnęła w moim kierunku swoją małą rączkę. Złapałem ją delikatnie. Była zimna, wręcz lodowata i topiła się w mojej co najmniej dwa razy większej dłoni. Powoli wyciągnąłem ją z kartonu. Ledwo stała. Wyglądała jakby od kilku dni niczego nie jadła.
- Co ty na to aby iść ze mną do domu? - zapytałem,
Kiwnęła głową. Zaklęciem zgasiłem laskę, a później wziąłem małą na ręce. Była taka malutka, że mogłem trzymać ją tylko jedną ręka, co było mi bardzo pomocne. Powolnym krokiem udałem się w kierunku bramy. Wystarczyło bym przez nią przeszedł. Potem już nic mnie nie ograniczało.
Strażnicy nawet nie drgnęli, gdy przechodziliśmy obok. Było im obojętne kto tu wchodzi czy stąd wychodzi. Obchodziło ich tylko, aby dostali wynagrodzenie za "przepracowane" godziny. Fakt, że w mieście było tak wiele grup bandytów był przede wszystkim ich zasługą. Od kiedy tylko w Asearsh pojawili się pierwsi złodzieje, straż przestała wykonywać swoje obowiązki. Jakby sami mieli jakiś kontrakt z szajką. Wiedziałem o tym, ale mimo to zawsze się bałem. Bałem, że ktoś może mnie nakryć na kradzieży lub czarowaniu. Strach ten wiązał wokół mnie niewidzialny łańcuch, którego nie potrafiłem przekroczyć. Oplótł mnie całkowicie.
Przeszedłem jeszcze kilka kroków, wciąż trzymając małą na ręce, po czym obróciłem się. Strażnicy patrzyli tępo przed siebie, a ja wędrowałem bardziej po skosie. Wypowiedziałem cicho zaklęcie - laska opadła poziomo, ale wciąż unosiła się nad podłożem. Wziąłem małą na dwie ręce i wsiadłem na laskę, a ona wzniosła się wysoko nad ziemię i zaniosła nas do domu.
Moja chata zawsze wydawała mi się przytulna. Tym razem również tak było. Położywszy dziewczynkę delikatne na sofie, okryłem ją kocem. Spała - musiała usnąć podczas drogi. Teraz dokładnie widziałem jej białe włosy i bladą cerę, jak u laleczki z porcelany. Uśmiechnąłem się ciepło. Wyglądała jak mały aniołek o nieskazitelnie czystym sercu. Odłożyłem laskę koło kanapy. Odwróciłem się do kominka znajdującego się naprzeciwko mebla. Skierowałem dłoń w jego stronę i wypowiedziałem zaklęcie. Z palców wystrzelił ogień, rozpalając ognisko. W pomieszczeniu zrobiło się od razu cieplej. Ściągnąłem płaszcz i powiesiłem na wieszaku stojącym przy drzwiach. Udałem się do kuchni z zamiarem przygotowania czegoś do jedzenia. Pierwszy raz od dłuższego czasu gotowałem nie tylko dla siebie. Tak dawno nie było w tym domu nikogo poza mną. Zostawiłem mięso na patelni, aby się trochę dosmażyło i poszedłem do góry. Chciałem sprawdzić w jakim stanie jest pokój gościnny.
Otworzyłem drzwi i wyjrzałem przez nie. Nie wyglądał tak źle. Poza tym, że był mocno zakurzony. Pstryknąłem palcami. Z łazienki wyleciała szmatka do wycierania mebli i podłogi. Zostawiłem ją - niech robi co do niej należy - i wróciłem na dół. Po drodze do kuchni zajrzałem jeszcze do salonu. Dziewczynka dalej spała. Postanowiłem jej nie budzić. Zrobiłem do końca obiad. Zjadłszy go, poszedłem do pokoju, w którym leżała mała i oparłem się o sofę. Patrzyłem w ogień. Rozmyślałem nad wszystkim co nas spotkało. W pewnym momencie usłyszałem ciche stęknięcie. Wstałem szybko i spojrzałem za siebie. Dziewczynka siedziała, wpatrując się we mnie swoimi wielkimi fioletowymi oczami. Widać było, że nie czuła strachu, nie bała się mnie. Nie wiedziałem czy powinienem się cieszyć czy wręcz przeciwnie. Postanowiłem przełamać ciszę.
- Czujesz się lepiej? - zapytałem z uśmiechem. Kiwnęła głową, nie spuszczając ze mnie wzroku. - Cieszę się.
Usiadłem obok niej. Nie odsunęła się, jedynie dalej się wpatrywała.
- Jak masz na imię? - spytałem.
- Lucy. - Nie myślałem, że usłyszę jej głos. Nie myślałem, że naprawdę mi odpowie, w końcu jak dotąd tylko kiwała głową.
- Witaj, Lucy. Ja jestem Mikael. Mogę wiedzieć ile masz lat? - Może i moje pytania były dość dziwne, ale chciałem jak najwięcej się o niej dowiedzieć.
- Tyle - pokazała pięć palców. Naprawdę była malutka. - Pan jest już stary?
Zaśmiałem się.
- Nie, jeszcze nie aż tak. Siedemnaście lat to nie tak dużo.
- Dlaczego pan ma taaaki długi warkocz? - przekręciła lekko głowę na bok i wyszczerzyła ząbki.
- Ahahaha... Nie pomyślałbym, że zastanowi cię coś takiego - uśmiech nie schodził z moich ust - cóż... Jakby ci to jak najprościej wyjaśnić... Powiedzmy, że niedawno skończyłem szkołę, a że podczas nauki w pewnym momencie uczniowie, aby być bardziej rozpoznawalnym zaczynają nosić warkocze to tak mi zostało. Przyzwyczaiłem się do tego.
- Szkoła musi być fajnym miejscem - stwierdziła cicho Lucy.
- Zależy - zaśmiałem się. Ale po chwili spoważniałem. - Powiedz mi... dlaczego siedziałaś w tamtych kartonach?
Mina białowłosej dziewczynki spochmurniała.
- Nie wiem czemu mama mnie zostawiła - odparła, a do jej oczu napłynęły łzy. - Powiedziała, że nie jestem już jej dzieckiem. Nie wiem co to znaczy. Nie wiem czemu tak powiedziała.
Zaczęła płakać. Nic nie odpowiedziałem tylko objąłem ją ramieniem.
- Możesz ze mną zostać jak długo będziesz chciała. Ja cię nie zostawię - powiedziałem, gdy lekko się uspokoiła.
Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się przez łzy.
- Hm! - Kiwnęła głową.
Położyłem ją spać do łóżka. Przeczytałem jedną bajkę, a ona zasnęła. Miałem zamiar wyjść i również się położyć, jednak jedna rzecz nie dawała mi spokoju. Chciałem się dowiedzieć czegoś jeszcze, czegoś więcej. Położyłem delikatnie dłoń na jej czole i zamknąłem oczy. Skupiłem się na jednej rzeczy - pragnąłem ujrzeć wspomnienia Lucy z tego dnia.
一
Mała dziewczynka o długich brązowych włosach siedziała na łóżku. Machała nogami i przytulała lalkę. Uśmiechała się. Wyglądała na bardzo szczęśliwą. Mogłem dokładnie zobaczyć jej bladą cerę, fioletowe tęczówki, okrąglutką twarz, mały nosek, większe oczy oraz małe usta. Od razu rozpoznałem w niej Lucy, choć wyglądała na o wiele zdrowszą niż teraz. Zrozumiałem, że jest magiem z niemagicznej rodziny. U takich dzieci talent rozwija się gdzieś od piątego roku życia. Wtedy zmienia się właśnie kolor ich włosów.
Usłyszałem pukanie do drzwi. Dziewczyna wstała i podreptała do nich. W otwartych drzwiach stała szara, zamazana postać. Lucy nie pamiętała swojej matki. Nie mogła się ona pojawić w jej wspomnieniach wyraźnie. Pewnie z ojcem było tak samo. Zacząłem się zastanawiać ile musiała siedzieć w tych kartonach, że nie pamięta najbliższych sobie osób. Mama przytuliła małą córeczkę. Wszystko wydawało się wprost idealne. Kochająca się rodzina - czego chcieć więcej.
Niestety ten szczęśliwy obraz matki z córką nie mógł trwać wiecznie. Obraz zawirował, a ja zobaczyłem kolejne wspomnienie. Mała Lucy cofała się przerażona. Jej włosy miały już biały kolor, wszystko wokół niej było zamarznięte. Więc jest wodnym magiem lodu. Zobaczyłem jak matka z ojcem - dwie niewyraźne postacie - zbliżają się do córki. Krzyczała, płakała, gdy ojciec siłą wyciągnął ją z domu. Matka zasłoniła jej usta. Robili to w nocy, nikt nie mógł ich zauważyć, usłyszeć krzyku małej dziewczynki. Straż oczywiście nie zwracała na to uwagi. Nikogo nie obchodziło, że rodzice porzucają własne dziecko. Nawet gdyby ktoś to zobaczył to, po dowiedzeniu się, że jest ono magiem, pomógłby oprawcom. Tacy byli ludzie bez talentu. Bali się, więc próbowali się nas pozbyć. Dla nich byliśmy tylko nic niewartymi istotami sprowadzającymi śmierć. Osobiście nie potrafiłem się z tym pogodzić. Chciałem jakoś za jednać ten jednostronny konflikt między zwykłymi osobami, a magami. Nie wiedziałem tylko jak.
- Nie jesteś już moim dzieckiem! Nie jesteś moją małą Lucy! Jesteś potworem! - Krzyki matki przerwały moje rozmyślania. Spojrzałem na nią z odrazą. Jak ktoś może tak mówić na własną córkę? I to jeszcze będącą pięcioletnim brzdącem, który niczego nie rozumie.
Ludzie byli okrutni. Co prawda czasami zdarzali się tacy, którzy próbowali ukrywać magów... Albo w końcu nie wytrzymywali życia w strachu i oddawali ich w ręce sądu, albo sami byli sądzeni. Sąd oczywiście nie rozczulał się nad osobami z talentem. Zawsze skazywał ich na śmierć, poprzez spalenie na stosie. Jeśli jednak to nie działało to przebijał ich serca i wyrywał je. I czy oni są bardziej humanitarni? My nigdy nie zrobilibyśmy czegoś takiego, przynajmniej większość. Nie jesteśmy tacy jak o nas mówią.
Patrzyłem dalej jak ojciec włożył małą Lucy do kartonu, przymknął go, a potem wraz z żoną uciekł.
Okrucieństwo.
Stałem tak, nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą zobaczyłem. Byłem świadkiem tego co przydarzyło się tej małej dziewczynce. Czekałem, aż wspomnienie się skończy. Czy było coś jeszcze czego nie powinienem zobaczyć? Nagle rozbłysło światło. Zasłoniłem ręką oczy i lekko je przymknąłem. Kiedy blask przeminął, ujrzałem postać mężczyzny z ciemnoniebieskim długim warkoczem rozmawiającego z dziewczynką o białych włosach siedzącą w kartonie. To byłem ja. We wspomnieniach Lucy byłem bardzo wyraźny. Pamiętała o mnie, a wokół mojego ciała widniała jasna poświata. Poczułem jak serce mi się ściska. Ta mała istotka już się do mnie przywiązała. Potrafiła mi od razu zaufać.
Przysiągłem sobie, że nigdy jej nie zostawię.
Nagle obraz ściemniał. Pamięć o rodzicach dalej była potężniejsza. Nawet, jeśli dokładnie ich nie pamiętała. Znowu wróciłem do zamarzniętego pokoju i ujrzałem dwójkę ludzi idących wprost na małą postać.
Potem obraz się rozpłynął.
一
Gwałtownie otworzyłem oczy i szybko zabrałem rękę z czoła Lucy. Wspomnienie dobiegło końca. Byłem przerażony tym co przed chwilą zobaczyłem. Wprawdzie wiedziałem, że na świecie dzieją się takie rzeczy, ale nigdy niczego takiego nie widziałem. Nie myślałem, że może to być aż tak okrutnie. Spojrzałem na śpiącą pięciolatkę. Miała tak mało lat, a już spotkało ją coś takiego. Na samą myśl robiło mi się ciężko na sercu. Postanowiłem - zrobię wszystko, aby zapomniała o tym co zrobili jej rodzice.
Ogarnęło mnie zmęczenie. Fakt, że było już dość późno. Położyłem głowę na łóżku, obok dziewczynki i zasnąłem.
一
Obudziło mnie delikatne tykanie w polik. Przekręciłem głowę i otworzyłem oczy. Mała rączka szybko się cofnęła. Podniosłem się i spojrzałem na dziewczynkę. Siedziała z uśmiechem.
- Dzień dobry, Lucy - wyszeptałem trochę sennym głosem, uśmiechając się.
- Dzień dobry - odpowiedziała pełna energii.
Promienie słoneczne wpadały delikatnie przez lekko zasłonięte okno. Wychodziło na to, że był już poranek. Nie mogłem powiedzieć, że się wyspałem. Spojrzałem na istotkę siedzącą naprzeciwko mnie. Patrzyła na mnie uważnie z radością w oczach. Mimo wszystko to przykre, że tak szybko mi zaufała, bo co gdyby odnalazł ją ktoś inny? Ktoś kto chciałby ją jeszcze bardziej skrzywdzić? Szybko odrzuciłem te myśli. Mała jest ze mną, więc jest bezpieczna.
- Co powiesz na to, aby zrobić pyszne śniadanie? - zapytałem wesoło.
Kiwnęła głową i zeskoczyła z łóżka. Pobiegła do drzwi, musiała wspiąć się na palce żeby dosięgnąć klamki, po otwarciu ich popędziła na dół. Powolnym krokiem ruszyłem za nią. Miała tak wiele energii, podczas gdy ja chętnie przespałbym jeszcze kilka godzin. Chyba będę się musiał przyzwyczaić do wcześniejszego wstawania.
Gdy zszedłem na dół, Lucy już buszowała w kuchni. Spojrzałem na jej małą, wychudzoną sylwetkę. Muszę jej zrobić porządne śniadanie. Podszedłem do dziewczynki.
- Na co masz ochotę? - Odwróciła się zaskoczona.
- Na naleśniki! - wykrzyknęła ucieszona.
- Dobrze, niech będą naleśniki - odparłem i pogłaskałem ją po białej główce.
Razem przygotowaliśmy dość sporo naleśników, jak na naszą dwójkę. Ale cóż, przynajmniej byliśmy pewni, że się nimi najemy, a przy okazji zostanie trochę na później. Chciałem się dowiedzieć kilku rzeczy o tej małej, tajemniczej dziewczynce, ale teraz nie był na to odpowiedni czas. Nie miałem zamiaru pytać ją o przeszłość - to już wiedziałem. Pragnąłem dowiedzieć się innych rzeczy. Na przykład co lubi a czego nie. Miałem również zamiar pomóc jej w opanowaniu magii, ale to później. Teraz była na to za młoda.
Spojrzałem na nią. Siedziała obok mnie na kanapie i przeglądała książkę z obrazkami. Zastanowiła mnie jedna rzecz.
- Potrafisz czytać? - zapytałem spokojnie.
Oderwała wzrok od książki i przeniosła go na mnie, po czym znowu na książkę. Posmutniała. Zrozumiałem.
- Pisać pewnie też nie? - Wypowiedziałem to bardzo cicho.
Kiwnęła delikatnie głową. Objąłem ją ramieniem i przyciągnąłem do siebie. Złapałem ją za policzek i lekko pociągnąłem.
- No nic, nie martw się. Wszystkiego cię nauczę.
Spojrzała na mnie. Od razu zauważyłem promyki nadziei w jej oczach. Puściłem ją, a ona z uśmiechem przytuliła się do mnie. Pogłaskałem ją lekko po głowie. W końcu poczułem się odpowiedzialny. Zyskałem cel w życiu - chciałem wychować Lucy. Chciałem sprawić by zapomniała o tych niemiłych wspomnieniach. O wspomnieniach, które nie dają spokoju.
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
Witam wszystkich serdecznie!
Tak oto właśnie pierwszy rozdział mojego nowego opowiadania. Wydaje mi się, że nie jest on zły. W sumie to mi się podoba i mam nadzieję, że Wam również się spodoba. Mam też nadzieję, że ogółem całe opowiadanie Wam się spodoba.
Zachęcam do dalszego czytania!
PS. Oczywiście bloga We live as we dream, nie opuściłam i dalej będę go kontynuować.